Szlifierka – historia niedokończona

Mniej więcej co piątek w naszej społeczności na FB zadaję pytanie „Co w tym tygodniu zrobiłaś / zrobiłeś dla siebie?”. Moja intencja jest taka, żeby każdy z nas zatrzymał się na pół sekundy i zastanowił nad tym, czy i w jaki sposób dba o siebie, o swoje potrzeby i swój rozwój. Bo że o rodzinę, firmę i innych, to wiadomo… Najczęściej zapominamy o sobie. A ja przypominam :D

Moja własna odpowiedź z ubiegłego tygodnia brzmiałaby „Kupiłam sobie szlifierkę…”. Uprzedzam wszelkie generalizacje i stereotypy. Nie do pedikiurów. Do drewna. Sprawa jest prozaiczna – na balkonie mamy drewniane płytki, które trzeba od czasu do czasu impregnować, a w tym roku nadszedł czas, żeby odświeżyć je gruntownie. Najpierw próbowałam ręcznie, papierem ściernym (bo cicho), ale ostatecznie kupiłam NARZĘDZIE.

Pół soboty spędziłam na kolanach zatruwając sąsiadom życie hałasem i pyłem. Chichrałam się przy tym sama do siebie, bo szlifowałam i myślałam o… biznesie. Znów odkryłam kilka ważnych analogii.

Co nagle, to po diable…

Wspominam o tym na samym początku, bo dla mnie to najważniejsza lekcja – trening cierpliwości. Jestem „z natury” w gorącej wodzie kąpana. Lubię szybkie efekty i wszystko od razu. Sposób w jaki dzisiaj funkcjonuje świat, takie click&go, bardzo wpisuje się w mój sposób działania. Jako konsument jestem zadowolona. Jako przedsiębiorca – już nie tak bardzo.

Pewnych rzeczy nie da się zrobić szybko. A pośpiech przynosi często więcej szkody niż pożytku. Stabilne relacje biznesowe buduje się na zaufaniu. A tego nie da przecież wyklikać w dwa wieczory.

Tak samo nie da się całej operacji „balkon” przeprowadzić w jedno przedpołudnie, jeśli ma to być zrobione naprawdę dobrze.

Automatyzacja nawet przy małej skali

Policzyłam to. Czyszczenie jednego panelu zajęło 10 minut. I tylko dlatego, że był jeden. Pierwszy. Czyli jeszcze z entuzjazmem. Paneli na balkonie mam 180 sztuk. To daje 30h szlifowania. Przy założeniu, że robię to z taką samą energia. A to przecież niemożliwe. Trzydzieści godzin!!! Jak tylko to przeliczyłam, to wskoczyłam do auta i pojechałam po szlifierkę.

Pracowałam w słuchawkach wyciszających, więc miałam dobre warunki do przemyśleń. Zaczęłam wyliczać ile spraw w mojej firmie mogłabym zautomatyzować. Wystawianie faktur (tak nadal robię to ręcznie, o zgrozo!), treści wielu maili do korespondencji z klientami. Lejki sprzedażowe i tak dalej. Do tej pory tego nie robiłam, bo zawsze wydawało mi się, że przy tej skali działania „to skórka za wyprawkę”. Nie wystawiam 800 faktur dziennie. Nie wystawiam tyle nawet w miesiącu…

I to była prawda, aż do czasu wybuchu pandemii. Chociaż w to miejsce można wstawić dowolne zdarzenie, które gwałtownie ogranicza ilość czasu. Nagle okazało się, że go nie mam. Z dnia na dzień. Każda minuta, którą miałam na pracę stała się 5 razy cenniejsza. A ja poświęcałam je na wystawianie faktur… Zamiast tego wolałaby zająć się działaniami strategicznymi, a utknęłam w prostych operacjach. Mądry Polak po szkodzie…

Odpowiednie narzędzia

Najpierw chciałam kupić najtańszą szlifierkę. Bo tylko na raz. A potem na szczęście odezwała się we mnie ta pragmatyczna część duszy. „Przecież to nie jest tylko raz. Za rok, dwa lub trzy znów będę to robić. I wtedy mam kupować następną? A w tym czasie świat utonie w elektrośmieciach…” I kupiłam dobrą. Nie najbardziej wypasioną. Nie super profesjonalną i przemysłową. Ale taką akurat.

Kiedy wybieram narzędzia do pracy, to najpierw zastanawiam się na ich funkcjonalnością. Co mi jest potrzebne, a co już nie. Jak długo będę z tego korzystać i jak moje potrzeby będą zmieniać się w czasie. Miałam taki moment na przełomie roku, że zastanawiałam się nad tym, na jakiej platformie postawić swój kurs. Bardzo kusiła mnie WP Idea. I zniżka 50%. O jeny. W nocy prawie nie spałam. Ale kiedy zrobiłam listę potrzebnych mi opcji i możliwości, to okazało się, że płaciłabym za coś, z czego nie skorzystam. Ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Odpuściłam bez żalu, a wybrane przeze mnie rozwiązanie działa bez zarzutu. Kosztowało mnie to 5-krotnie mniej niż zakup licencji nawet z turbo zniżką. Wybrałam to, co pasuje do mojego biznesu.

Samo się nie zrobi

Szlifierka śmigała. Warczała ryczała, trzeszczała. Ścierała starą farbę aż miło. Ale nadal potrzebna była moja uważność. Bo samo narzędzie nie wykonałoby za mnie pracy. Przyłożenie odpowiedniej siły, kierunek i skupienie na dokładności – bez tego nie osiągnęłabym oczekiwanego rezultatu. A zależało mi na jakości. Zawsze zależy mi na jakości. Dlatego moje oczy i uwaga cały czas skupione były na tym, co się dzieje.

Podobnie w biznesie. Mogę ustawić sobie automatyczne lejki sprzedażowe. Zasilić konto kasą na kampanie reklamowe. Ale to nie oznacza, że będę mieć wolne. Nadal muszę analizować, sprawdzać, udoskonalać. Samo się nie zrobi. Biznes nie kręci się sam, niezależnie od tego, jak dobrze go ustawisz. Może na początku i przez chwilę. Ale w dłuższej perspektywie, niedoróbki przeważą szalę na Twoją niekorzyść.

Kąty i narożniki

Za ch… jasną szlifierka tam nie dochodzi! Są takie miejsca, gdzie musiałam skrobać ręcznie. Przydał mi się do tego papier ścierny z pierwszego podejścia. Indywidualne podejście do każdej deseczki.

Jeśli masz dobry produkt lub usługę, to dla większości klientów to będzie właśnie to, czego potrzebują. Ale pozostaną jeszcze Ci kątowi i narożni. Do których warto podejść „ręcznie”. Nie automatem.

Gdybym pozostawiła te fragmenty w kątach i pod balustradą niedoczyszczone, to pewnie nie wydarzyłoby się nic strasznego. Położyłabym kolejną warstwę impregnatu i podłoga pewnie by się nie rozpadła. Ale ja chcę, żeby była piękna. Żeby robiła wrażenie. Do tego potrzebne jest zatroszczenie się o detale.

Można odpuścić klientów „narożnych” i nie przejmować się nimi, bo to mały procent. Ale zanim to zrobisz, zastanów się jaki będzie efekt. Jak to wpłynie na opinie klientów? Jak to wpłynie na Twój wizerunek? Indywidualne podejście często skutkuje znakomitymi rekomendacjami i zbudowaniem relacji biznesowej na dłużej.

Poczucie sensu

Te godziny spędzone z drewnem dały mi dużo spokoju. Miałam poczucie, że robię coś ważniejszego niż odświeżanie podłogi balkonowej. Ja obcowałam z drewnem. Bardziej głaskałam je szlifierką niż brutalnie zdzierałam farbę, byle szybciej. Zastanawiałam się nad tym, skąd się bierze to bardzo duchowe doświadczenie. Jedno to na pewno praca rąk. Ale głębiej ukryta jest jeszcze druga warstwa. Drewno ma zaklęty w sobie czas. Całą masę czasu. A tego przecież tak bardzo nam dzisiaj brakuje.

Te rozważania spowodowały, że pracowałam z zupełnie innym nastawieniem. Nie złościłam się, że za wolno idzie. Łatwiej byłoby mi skupić się na procesie, a nie tylko na rezultacie (który jest jeszcze nadal przede mną, bo praca balkonowa jeszcze jest nieskończona!). Znalazłam głębszy sens, znaczenie dla tego co robię. A to mi daje siłę i determinację. Pozwala mi pracować bez nadmiernego pośpiechu. I bez poczucia winy, że jeszcze nie jest gotowe. Bo to co robię, jest czymś więcej niż malowaniem podłogi.

W mojej codziennej działalności też towarzyszy mi poczucie sensu. Moja praca z klientami ma znaczenie dla nich i dla mnie. Pieniądze są bardzo ważnym aspektem, ale nie fundamentalnym. Nie pracuję tylko po to, żeby zarabiać. Zarabiam na swojej pracy i nie wyobrażam sobie innego układu. Ale na poziomie wartości pracuję po to, żeby zmieniać świat wokół siebie. Żeby robić różnicę.

Może jestem idealistą i nie w każdym biznesie da się odnaleźć misję. Może nie każdy przedsiębiorca jej potrzebuje. Może wystarczy, że kasa się zgadza. Jeśli dla kogoś  jest to wystarczające – ok. Jako ludzie mamy różne wartości i potrzeby, więc jest miejsce i na to. Ja sama jednak potrzebuję czegoś więcej. Potrzebuję sensu.

Trzeba się ubrudzić

Moje sprytne narzędzie ma wbudowany taki zbiorniczek na pył, który powstaje podczas szlifowania. Na początku ucieszyłam się, że to będzie taka czysta robota… I nie była. Zbiorniczek działa, ale cudów nie ma. Czasem trzeba się ubrudzić. Mimo maski pył miałam w nosie, w oczach i wszędzie indziej. Wyglądałam jakbym wróciła z offroadowej przejażdżki.

Możesz się przygotować, zabezpieczyć, zautomatyzować, oddelegować, zorganizować i wszystkie inne „-ać”, a i tak czasem będą leciały wióry. Nie każdy aspekt prowadzenia firmy jest przyjemny (nie znoszę tych administracyjnych czynności, które muszą być, bo muszą być). Czasem sprzątania jest więcej niż samej roboty – przygotowanie do świadczenia usługi często jest dużo bardziej czasochłonne niż czas trwania samej usługi. Do godzinnego webinaru przygotowuję się przez kilka godzin, a czasem nawet dni. Ale jeśli ostatecznie bilans wychodzi na plus, to znaczy, że warto :D

Rozważania na koniec

Czasem zastanawiam się,  czy ja przypadkiem tego rozmyślania nadmiernie nie rozdmuchuję. W języku angielskim jest na to dobre słowo „overthinking”. Refleksje, analogie, metafory… Chleby, szlifierki i nie wiadomo co jeszcze…

A w biznesie działać trzeba. Robić. Prokatywnie. Elastycznie. Sprawnie. Produktywnie. Tak łatwo dać się zapędzić do wyścigu, w którym wielu biega z pustą taczką, bo roboty tyle, że nie ma kiedy załadować… Ja sama też się na tym przyłapuję. Świat pędzi w takim tempie, że niewiele trzeba, żebym dała się ponieść szybkiemu nurtowi.

W moim odczuciu cena, którą płacę za to, że przestaję poświęcać czas na refleksję, jest zbyt wysoka. Stres. Brak czasu dla siebie. Zajmowanie się pilnym, zamiast ważnym… Chyba wolę zatrzymać się o jeden raz za dużo niż o jeden za mało i stracić coś, co jest dla mnie wartością. Jeśli masz podobnie, to mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze w kolejnych tekstach…

Jeśli podoba Ci się ten artykuł – skomentuj i udostępnij. Będzie mi miło!

6 komentarzy do wpisu „Szlifierka – historia niedokończona”

    • Ja też się nad tym zastanawiałam. Pisać czy nie pisać? A co sobie klienci pomyślą? Tylko, że prawda jest taka jaka jest, a udawanie, że rzeczywistość jest słodka jak lukier, nie wyprowadzi mnie na prostą. Przez ostatnie dwa tygodnie wiele się dzięki tej szczerości wobec siebie samej zmieniło. Ja wiele zmieniła. I znów czuję wiatr w żaglach i widzę, że rośnie :)

  1. Fenomenalny tekst. Motywujący do przemyślanych działań. Wszystko o czym piszesz to święta prawda. Wiesz, czasami jak zanurzę się w wir 10h pracy, to myślę, że jednak robota fizyczna też uszlachetnia. Kiedy siedzę przy dokumentach to mam wrażenie, że cały czas robię to samo bez rezultatu. Za miesiąc znowu to samo i to samo, i to samo. Jak pomaluję ścianę, wyszlifuję, zrobię mebel, położę płytki, to po skończonej pracy efekt widzę na co dzień. I codziennie jestem z niej dumna. Ty też będziesz. I każdy z nas powinien być dumny z trudu włożonego w swoją pracę. Pozdrowionka :)

    • Dzięki Kinga! Balkon skończony, a efekt cieszy mnie każdego popołudnia. Łażę boso i doglądam kwiatki. To ważne, żeby robić coś, co daje widoczny efekt. Nie ze wszystkim to jest możliwe, ale tam gdzie się da – warto to doceniać. Koniecznie, efekt, rezultat – to buduje poczucie własnej sprawczości i daje siłę do kolejnych zmagań.

Dodaj komentarz